| Pani Julia Buda jest jedną z najbardziej
znanych postaci w naszej gminie Jaworzyna Śląska. Od lat jest główną opiekunką i
przewodniczącą wiejskiego teatru amatorskiego "Jacy Tacy" w Piotrowicach
Świdnickich.
Pani Julio, zacznijmy może od samego
początku. Gdzie się pani urodziła , w jakiej miejscowości?
- Urodziłam się 15 marca 1921 roku w Targanicy w gminie Andrychów, w powiecie Wadowice
w województwie krakowskim. Teraz to jest województwo małopolskie. Ukończyłam tylko
siedem klas szkoły podstawowej. Dalsze kształcenie było niemożliwe ponieważ szkoły
były płatne, a rodzice należeli do kategorii chłopo- robotników. Mieli kawałeczek
pola i pracowali na nim. Także w ogóle nie było możliwe, abym ja skończyła szkołę.
Czym się pani zajmowała, kiedy ukończyła pani te siedem klas.
- W wieku 14 lat wstąpiłam do Katolickiego Związku Młodzieży Żeńskiej "Młoda
Polka"- tak to się nazywało. Urządzaliśmy przedstawienia dla ludności naszej
wsi, w których m. in. ja brałam udział. Były to np. Opłatek, Dzień Babci, Dzień
Matki. Już od szkolnych lat miałam pewne zdolności- układałam wiersze, piosenki.
Jeszcze teraz mogę pisać, ale przychodzi mi to z pewną trudnością. Tym się
przeważnie zajmowałam.
Czy było dla pani wiadomo wybuchu II wojny światowej ?
-U nas ludzie mówili różnie. Jedni się bali, inni mówili, że to nieprawda.W czasie
wojny mój ojczym pracował w Oświęcimiu przez niecałe dwa miesiące. Dwa razy w
miesiącu ja jechałam i zawoziłam mu jedzenie, a dwa razy w miesiącu, to on dostawał
pozwolenie i mógł przyjechać do Targanicy. Pewnego dnia został złapany bez pozwolenia
w okolicach naszego domu. Nie można było bez przepustek opuszczać tamtego terenu. Wtedy
skończyły mu się jedzenie, gdyż był zmuszony dzielić się z kimś innym i ten
prowiant skończył mu się wcześniej. Przyjechał bez przepustki i pochwycili tu go.
Pracował teraz jako więzień w obozie pracy.
A gdy wkroczyli Niemcy to ludność Polska dostawała jakieś dowody, że od teraz
należą do Rzeszy?
- Tak wydawali jakieś papiery, że teraz jesteśmy pod okupacją. Ściągnęli dla nas
specjalną policję. Były również kartki na żywność- na cukier, chleb, materiały i
inne produkty. Niczego nie można było kupić bez tych kartek. Było tego mało, jednak
tam, za Sanem, gdzie była niby taka czysta Polska, ludzie traktowani byli zupełnie
inaczej- gorzej niż my.
Czy widziała pani kiedyś ludzi z obozu koncentracyjnego lub obozu pracy?
- Obóz pracy był gdzie indziej. Wiele razy widziałam zaś ludzi z obozu
koncentracyjnego przy różnych robotach- np. przy kopaniu rowów, jednak nam się nie
można było na to w ogóle patrzeć. Co kilka metrów stał SS-man i gdy szliśmy szosą,
musieliśmy patrzeć w inną stronę. Co to znaczyło dla niego podnieść broń i
strzelić do nas? Nie wolno było zwracać na nich uwagi. Jednak ja ich widziałam aż
nazbyt dokładnie. Pasiaki, a pod nimi same szkielety. Byli tak strasznie wychudzeni. Jak
mieli bluzy od pasiaków, to niektórzy mieli duży rozmiar. Jednak inni mieli mniejsze, z
rękawami do łokcia. Dalej ręka była tak sina... Tylko kości, skóra i żyły...
Straszne... Widziałam zresztą tylko mężczyzn. Kobiety pracowały w innym miejscu.
A co się działo, gdy do Andrychowa weszli Rosjanie.
- Rosjanie wkroczyli w 1945 roku, w styczniu. Pracowałam wtedy w Andrychowie.
Gdy było słychać te walki, gdy Niemcy się jeszcze bronili, bałam się i nie poszłam
do pracy. Przez całą noc był ogromny hałas.
A kiedy pani wyjechała z Targanicy i dlaczego?
- Wyjechałam w 1945 roku. W powicie rozwieszali takie plakaty, odezwy, żeby jechać na
zachód i obejmować gospodarstwa pozostawione przez Niemców. Obiecywali nam cuda.
Co tu pani zastała, gdy pani tu przybyła? Czy byli tutaj jeszcze Niemcy?
- Tak. Niektóre domy były puste, gdyż niektórzy uciekli wraz z frontem. Jednak byli to
przeważnie ci, którzy mieli jakieś rodziny na zachodzie, którzy mieli gdzie uciekać.
Czy były tu jakieś rosyjskie wojska?
- Stacjonowało tu 500 żołnierzy rosyjskich. Także niektóre domy były zajęte przez
wojsko. W jednym domu było nawet prowizoryczne więzienie. Mieliśmy pocztę. Stało tu
około 50 czołgów, tak jeden przy drugim, czołg koło czołgu. Wojsko było tu jeszcze
przez półtora roku.
Czy pamięta pani, co działo się z zamkiem?
- Zamek już wtedy był dość zniszczony, jednak nie był w tak tragicznym stanie, jak
teraz. W tych domach koło zamku mieszkali jeszcze Niemcy, jednak sam zamek był
nieużytkowany. Co prawda były tam jeszcze pokoje, jednak ja się tym nie interesowałam.
Mówili, że nie wolno tam wchodzić, jednak szli, nawet mój brat tam był. Wchodziłam
tam tylko dwa razy, były jeszcze parkiety i niektóre meble. Teraz to jest jedno wielkie
rumowisko.
Kiedy wyjechali ostatni Niemcy?
- Ostatni zaczęli wyjeżdżać w 1946 roku takimi partiami. Te wyjazdy trwały przeszło
rok czasu.
A Rosjanie?
- Też dopiero w 1946 roku, jednak teraz nie powiem ci, czy w czerwcu, czy w lipcu, bo nie
pamiętam dokładnie. Było to jednak w lecie.
A gdzie pani mieszkała?
- Objęliśmy gospodarstwo, jednak mieszkaliśmy gdzie indziej. Tam koło przejazdu
kolejowego, gdyż właśnie tam był ten jeden z pustych domów, z których uciekli
Niemcy. Dopiero w 1946 roku, kiedy wycofali się Rosjanie, mogliśmy się przeprowadzić
na swoje gospodarstwo.
A czy były tu jakieś sklepy?
- Tak, był jeden sklep, ale prywatny. Nazywał się "Góral". Sprzedawali w nim
tylko masło, chleb. Prowadzili go na własną rękę.
Pamięta pani może ten ewangelicki, stary kościół?
- Był to piękny kościół! Cegły były malowane na czerwony kolor, a w miejscach
łączenia, na biało. Był prawie zupełnie podobny do kościoła Mariackiego, tylko
miał jedną wieżę. Ta wieża była strasznie wysoka, z takimi balkonikami tam na
górze, że można tam było wejść i obejrzeć całą okolicę. Kościół ten był tak
potężny, że z rynku w Świdnicy można go dojrzeć. Wiadomo było z której strony
były Piotrowice. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego został zburzony. Przecież można go
było "przechrzcić" na kościół katolicki.
A jak wyglądał w środku?
- W środku również prezentował się wspaniale. Były tam ograny. Jednak później
wszystko to nielegalnie rozebrali.
Nielegalnie?
- Oczywiście. Nie było pozwolenia od rządu. Po prostu nieleglanie zebrała się taka
szajka. Nawieźli robotników i rozebrali kościół. Myśmy wszyscy myśleli, że mają
ci ludzie pozwolenie, jednak później wszystko wyszło na jaw i zamknęli tych ludzi w
więzieniu.
A co się stało z cegłami i kamieniem z kościoła?
- Zostało to wszystko wywiezione do małopolski. Przeznaczono to na odbudowę tamtejszych
budynków. A same kolumny jeszcze leżą tutaj w Piotrowicach. Pamiętam jeszcze
dokładnie- pod kościołem była taka wielka piwnica. Można tam było nawet założyć
centralne ogrzewanie i normalnie użytkować. Jednak zasypali to również. Nic się nie
ostało. Tylko te szczątki kolumn.
Przejdźmy może teraz do pani działalności w teatrze amatorskim. Kiedy pani
zajęła tworzeniem się teatru?
- W listopadzie 1945r. powstały takie pierwsze podwaliny teatru wśród tych nowo
przybyłych Polaków. Na początku nie było nas zbyt dużo. Wśród tych pierwszych,
którzy uczestniczyli w przedstawieniach, a którzy jeszcze żyją to pan Czyż, ja...
Pozostali chyba już nie żyją...
A jaki było pierwsze przedstawienie, tu w Piotrowicach?
- Tam, w Targanicy, kiedy zapanowała komuna, zmienili nasz Związek Katolicki, na
Związek Młodzieży Wiejskiej. W mojej wiosce żył pewien chłopak. Miał talent. Pisał
wiersze, spektakle. Później dostał się do Oświęcimia do obozu koncentracyjnego za
słuchanie radia Wolna Europa. Ale dostał się tam stosunkowo późno. Wytrzymał w
Oświęcimiu kilka miesięcy. Kiedy pewna była już przegrana Rzeszy i wywozili
więźniów, on zdołał uciec. Przyszedł do wioski i opracował sztukę pt.:
"Przeżyłem Oświęcim". Należałam jeszcze wtedy do tego kółka, ale nie
brałam udziału w spektaklu, przez to że moi rodzice załatwiali dokumenty, aby tu
przyjechać. Znałam dobrze to przedstawienie. Kiedy tu przyjechałam stworzyłam na
podstawie tych prób własną sztukę. To właśnie było pierwsze przedstawienie.
A kto wymyślił nazwę "Jacy Tacy"?
- Nazwę wymyślił cały zespół. Na początku teatr nie miał nazwy. W 1966 roku
zaczęły się odbywać konkursy. Przyjeżdżały zespoły z całego powiatu i wystawiały
sztuki. Wtedy to właśnie zaczął być problem. Nasz zespół musiał mieć nazwę. A
że my tutaj byliśmy pierwszymi osadnikami Piotrowic właśnie z powiatu Wadowice, to
nazwaliśmy się "Jacy Tacy".
Jakie wystawialiście tutaj sztuki?
- Na początku sama wymyślałam. Wystawialiśmy przeważnie te, które pamiętaliśmy
jeszcze z Targanicy z okresu międzywojennego. Był to m. in. "Żywot Świętej
Genowefy", "Zięć sołtysem".
Ile mniej więcej trwają przygotowania do wystawienia spektaklu?
- Kiedyś graliśmy taką sztukę pt.: "Zemsta cygana". Przygotowania trwały
tylko trzy tygodnie.
A inne spektakle?
- Takie Jasełka przygotowywaliśmy w dwa miesiące. Zaczynało się już w październiku,
a przez listopad i grudzień trwały próby.
Ile sztuk było już wystawionych na Piotrowickiej scenie?
- Bardzo dużo, jednak dokładnie nie pamiętam.
A jaki występ uważa pani za największy sukces?
- Największym sukcesem była adaptacja w "Wesela" Wyspiańskiego. Było to w
1986 roku. Graliśmy wtedy z zawodowcami z Warszawy. Jednak większa część aktorów, to
byliśmy my.
A jak się dowiedzieli, że właśnie w Piotrowicach wystawiane będzie "Wesele"?
- Ten teatr jeździł po Polsce. Zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Na przestawienie
przyjechała telewizja. Gościła tu ponad tydzień czasu.
A inne sukcesy?
- Odnosiliśmy duże sukcesy również z Jasełkami. Np. w 1981 roku opracowaliśmy
Jasełka. 13 grudnia wprowadzili jednak stan wojenny. Wolno było grać tylko w
kościołach. Objeżdżaliśmy wtedy miejscowości i wystawialiśmy je w Żarowie, w
Pastuchowie, w Jaworzynie Świdnickiej. Jednak u siebie zagraliśmy na sali. Największą
popularność zdobyliśmy ze sztuką pt.: "Tato, tato, sprawa się rypła".
Scenariusz napisał Ryszard Latko, który pochodził z naszych okolic, spod Wadowic.
Obecnie mieszka w Świdnicy.
O czym było to przedstawienie?
- Było to o życiu polskiej, wiejskiej rodziny. Graliśmy to w maju 1981 roku. Zdarzyło
się wtedy, że obchodziliśmy trzydziestolecie naszego teatru, jednak stało się tak,
że był zamach na papieża. 13 maja był zamach, a grać mieliśmy 16 maja. Wahaliśmy
się z decyzją. Wszystko było już przygotowane. Zaproszone były władze, powiatowe,
wojewódzkie i gminne. Nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Jedni byli za odwołaniem, inni
przeciw. Poradziliśmy się jednak księdza i ksiądz wyraził zgodę na wystawienie.
Powiedział nam wtedy, że śmierci na Ojca Świętego i tak nie ściągniemy, a tyle
przygotowań, prób i wyrzeczeń musi zostać wynagrodzone. Zabito wcześniej świnię i
cielaka, także jedzenia było bardzo dużo. Miało nie być zbyt hucznej zabawy, jednak
była nawet orkiestra.
A kiedy będzie jakiś najbliższy jubileusz?
- W 2005 roku będzie już 60 lat jak istnieje nasz zespół.
A czy niedługo możemy się spodziewać następnego przedstawienia?
- Napisałam scenariusz takiego kabaretu wg Ballady z Kopydłowa. Jedyną różnicą jest
brak księdza. Wszystko inne jest podobne.
Jaki nosi tytuł?
- To jest Ballada wg Kopydłowa... "Piotrowicka Ballada wg Kopydłowa". Ale nie
ma kto grać w tej sztuce. We wrześniu ubiegłego roku miały zacząć się
przygotowywania, jednak nie wiem czy do tego września zdecydują się na wystawienie.
Mam nadzieję, że właśnie na 60 rocznicę społeczność Piotrowic obejrzy
"Piotrowicką Balladę". Bardzo dziękuję za wywiad i życzę kolejnych
sukcesów.
Rozmawiała:
Katarzyna Pawlicka

|

|
Pani Maria Samek w sztuce
"Tato, tato, sprawa się rypła"
|

Pani Julia Buda w spektaklu
"Tato, tato, sprawa się rypła"
|

Adam Grzęda w sztuce "Tato tato" w roli Ignaca
|

Jan Mlak i Józef Frączek |
|